Zamyślenia #69

Zawsze tak bardzo czekam na piątek, a później nie korzystam z tego piątkowego wieczoru bo  zasypiam i to wcześniej niż zwykle. Jestem po prostu tak zmęczona po całym tygodniu, że nie mam nawet siły, aby ucieszyć się tym czasem i podelektować. Obliczałam więc ostatnio, że tak naprawdę mam tylko jeden dzień cudownego relaksu, bez stresu, bez myśli o pracy, bez zmęczenia – i jest nim sobota. Lubię poranki – może nawet bardziej niż wieczory. Lubię obudzić się bez budzika, opierzyć się jeszcze leżąc w łóżku, wejść pod letni prysznic i otworzyć szeroko drzwi na taras. Naleśniki na śniadanie i dwa łyki gorącej kawy. Msza święta przed południem z adoracją i przytuleniem się do Pana Jezusa. Wszystko bez pośpiechu, z tak wielką radością z tych drobnych rzeczy, radością z rozmów z moimi chłopakami. Wciąż chciałabym mieć koguta, który pieje o świcie. Jak kiedyś…Jak u babci… Jaką radość przynosi trwanie w takiej wdzięczności. Za wszystko Panie…

 

 – mój głód Twojej bliskości jest ogromny, bolesny. I mimo dni pełnych różnych spraw, różnych spotkań tkwię w pustce… i tylko Twoje słowa przychodzą bezgłośnie…

+ Trwaj. Znam twoją duszę, bo w niej jestem. Znam twój ból i twoją tęsknotę. Trwaj w osamotnieniu jak Ja w Getsemani. Jednocz się ze Mną. Nie musisz odczuwać, wystarczy, że wiesz i wierzysz

Świadectwo 184