Pogoda w tym roku ćwiczy moje cnoty – cierpliwość, to aby nie narzekać, nie gderać każdego ranka, że znów zimno, nie zwracać uwagi na to, że już w pierwszych dniach września paliło się w kominku. Kiedy na poważnie podchodzę do poskramiania siebie zauważam, że faktycznie więcej we mnie ciszy, więcej spokoju, ukojenia, więcej zrozumienia dla ludzi. Kiedy wyrzekam się również przyjemności, Pan Jezus przyciąga mnie jak magnez. Kiedyś często mówiłam: ile dajesz, tyle dostajesz – ale to było kiedyś. W wirze pracy, również całej tej dobrej mojej aktywności, mogłam obserwować, że coś ze mnie uchodzi. To tak, jakby lodowa góra zaczynała powolutku topnieć. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, lecz wiadomo, że gdy oczy podążają w dół tej oświetlonej słońcem góry, można zauważyć niewielkie stróżki wody u jej podnóża. To właśnie ja. Na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje, ale jednak po trochę mnie ubywa. Co zrobić aby nie topnieć? Nie wchodzę w głębsze dywagacje bo widzę, że zaraz wszystko się tu poplącze. Przecież być w słońcu jest ok, dlaczego więc przyszło mi do głowy, że topnieje? Czy to w ogóle ma jakieś połączenie z tym moim ile dajesz tyle dostajesz? Duchu Święty uporządkuj we mnie to, co tak poplątane. Zaczęło się od prostej rzeczy, od pogody, a skończyło na pomieszaniu z poplątaniem.
+ potrzeba ci modlitwy, która jest oddechem duszy. Nieustannym napełnianiem duszy Mną, tak jak oddychając napełniasz płuca powietrzem by żyć.
Słowo Pouczenia 63